Co nas obrzydza

Co nas obrzydza

22.05.2017
Czyta się kilka minut
Lista rzeczy, które wywołują w nas wstręt, jest długa. I wcale nie obejmuje wyłącznie tego, co śmierdzi, gnije albo przyciąga najpaskudniejsze robactwo.
Jadalne kandyzowane jabłka pokryte larwami chrząszcza (Tenebrio molitor) – wyprodukowane w USA Fot. Peter Menzel / EAST NEWS
P

Pewnie znacie ten stary dowcip. Dwie świnie spokojnie sobie jedzą, nagle jedna zwymiotowała prosto do koryta. Druga ostro ją napomina: „Co ty robisz?! Nie dolewaj, bo nie zjemy!”. To jeden z tych niesmacznych żartów, którego lepiej nie opowiadać – ani nie czytać – przy jedzeniu. Zwłaszcza jeśli ma się tendencję do wizualizowania sobie tego, co się słyszy lub o czym się czyta.
Wstręt to ciekawa emocja. Nie chodzi tylko o to, że wystarczy wyobrazić sobie coś obrzydliwego, by poczuć mdłości – wyobraźnia pozwala na wywoływanie różnych emocji. Żeby poczuć przyspieszone bicie serca i ciarki na plecach, nie trzeba przecież spotkać jakiegoś rzezimieszka w ciemnej ulicy – czasami wystarczy posłuchać strasznej historii albo poczytać książkę Stephena Kinga.
We wstręcie niezwykły jest mechanizm skażenia. Możemy się chyba zgodzić, że karaluchy i dżdżownice (tłuste, oślizgłe i wijące się) są obrzydliwe – mało kto z naszego kręgu kulturowego odważyłby się takie stworzenie wziąć do ręki, nie mówiąc już o tym, żeby próbować je zjeść. Ale niewiele osób byłoby skłonnych zjeść również kawałek apetycznego tortu, jeżeli choćby przez chwilę spacerował po nim dorodny karaluch. Z tego samego powodu żaden kelner na świecie nie zapyta nas, czy wystarczy, że wyłowi muchę z naszej zupy, czy raczej wolelibyśmy dostać całkiem nowe danie.

Psycholog Jonathan Haidt w latach 90. XX w. badał reakcje wywołane wstrętem. Prawie dwie trzecie uczestników jednego z jego eksperymentów odmówiło wypicia szklanki soku, w którym na chwilę zanurzony został karaluch (w elegancki sposób – za pomocą sitka do zaparzania herbaty), mimo propozycji (skromnego) wynagrodzenia oraz informacji, że to martwy i sterylny owad, który pochodzi ze specjalnej hodowli i dorastał w czystym środowisku. Sterylny czy nie, karaluch nas obrzydza. Tylko właściwie dlaczego?

Większość uczonych od czasów Darwina postrzega emocje jako produkty doboru naturalnego, umożliwiające „działanie na skróty” – błyskawiczne podejmowanie kluczowych dla przetrwania decyzji. Mimo że u licznych zwierząt takie decyzje są zautomatyzowane i bezrefleksyjne, wielu z nich nie można tak po prostu uznać za nieracjonalne. Motywowana strachem antylopa nie zachowuje się wcale głupio, gdy ucieka na widok lwa – rozum podpowiadałby jej to samo. Także wstręt niesie oczywiste korzyści adaptacyjne – pomaga bowiem uniknąć skażonego pożywienia. Nawet jeśli dzieje się to za cenę tego, że czasem nie będziemy w stanie napić się zupełnie zdrowego i odżywczego soku. Ewolucyjny ślepy zegarmistrz nie mógł przewidzieć takiego scenariusza – w końcu w naturalnym środowisku rzadko mamy do czynienia ze sterylnymi karaluchami.

Kto czuje niesmak

Angielskie słowo disgust, tłumaczone na język polski jako „wstręt” czy „obrzydzenie”, dosłownie oznacza „zły smak”. Fizjologiczną reakcją towarzyszącą wstrętowi są wymioty, które pozwalają na szybkie pozbycie się zawartości żołądka. Niektórzy badacze sądzą, że ewolucyjnych korzeni wstrętu należy szukać w awersji do gorzkiego smaku, który u ludzi wywołuje podobny wyraz mimiczny jak emocja wstrętu. Trudno jednak oszacować, na ile to prawdopodobna hipoteza. Gdyby ktoś chciał naprawdę głęboko poszukiwać ewolucyjnych źródeł wstrętu, to mógłby zauważyć, że wszystkie organizmy muszą pobierać korzystne substancje ze środowiska i unikać takich, które mogą wyrządzić im szkodę. Nawet milimetrowej długości nicień C. elegans, żerujący w glebie w poszukiwaniu mikroorganizmów, wykazuje awersję do pewnych produktów metabolizmu bakterii – np. związku nazywanego wiolaceiną. Układ nerwowy C. elegans liczy około 300 neuronów – czy to na tyle dużo, by kontakt z wiolaceiną wywoływał u tego maleńkiego stworzenia wstręt?

Oczywiście nie możemy tego rozstrzygnąć, ale pewne jest, że wstręt nie jest emocją wyłącznie człowieka. W eksperymencie przeprowadzonym przez zespół Giacoma Rizzolattiego z Uniwersytetu w Parmie (tego samego, który odkrył słynne neurony lustrzane) makakom podawano atrakcyjne dla nich pożywienie, jednocześnie stymulując w ich mózgach korę wyspy, której aktywacja u ludzi wiąże się m.in. właśnie z przeżywaniem wstrętu. Poddane takiej stymulacji małpy wypluwały jedzenie i przyjmowały wyrazy mimiczne przypominające obrzydzenie.

W jeszcze innym eksperymencie, przeprowadzonym przez Cecile Sarabian i Andrew MacIntosha, również z udziałem makaków, przed małpami kładziono orzeszka na pewnym podłożu. Albo był to plastikowy talerzyk, albo prawdziwe małpie odchody, albo ich plastikowa imitacja. Co robiły w takiej sytuacji makaki? Wszystkie zjadały orzeszka z talerzyka. Następnie bardzo ostrożnie brały jedzenie z plastikowej kupy – i najczęściej również je zjadały. Większość małp w ogóle nie zbliżała się do prawdziwych odchodów. A jeśli już, to po długim czasie, i nie zjadała orzeszka, zanim nie spróbowała go w jakiś sposób oczyścić.

Tego lepiej nie dotykaj

Uczeni dawno zauważyli, że obrzydzenie wywołują w nas niemal wszystkie wydzieliny ciała, nie tylko ludzkiego – kał, mocz, wymiociny, ślina, śluz, a także pot i krew (zwłaszcza menstruacyjna). Wyjątek w zasadzie stanowią jedynie łzy i mleko. Jest tak prawdopodobnie dlatego, że wszystkie produkty ciał zwierząt potencjalnie mogą służyć za pożywienie, ale większość do tego się nie nadaje, ponieważ stanowi wylęgarnię bakterii lub zawiera całą gamę toksyn. To samo dotyczy gnijącego ciała, a także organizmów, które mają z nim albo z cielesnymi wydzielinami częsty kontakt – stąd taki nasz stosunek do karaluchów czy szczurów. Inne zwierzęta mogą budzić obrzydzenie, ponieważ w jakimś stopniu przypominają obrzydliwe cielesne wydzieliny – pomyślcie choćby o ślimakach. Jest też klasa zwierząt, takich jak węże czy pająki, które wywołują mieszaninę strachu i obrzydzenia.

Nasi przodkowie sprzed setek tysięcy lat w znacznie większym stopniu niż my dzisiaj narażeni byli na infekcje. Mogły one odpowiadać za największy odsetek zgonów. Do dzisiaj w tropikalnej Afryce patogeny stanowią podstawową przyczynę śmierci ludzi. Nie dziwi więc, że natura wyposażyła nas w mechanizm wstrętu, który co prawda ogranicza nasze menu, ale jednocześnie pozwala na unikanie wielu zagrożeń.

Niemniej, autorzy rozdziału poświęconego wstrętowi z monumentalnego podręcznika akademickiego dotyczącego emocji – „Handbook of Emotions”, pod redakcją Lisy Feldman Barrett i współpracowników – twierdzą, że unikanie infekcji nie wyjaśnia całego fenomenu wstrętu. Zwracają oni uwagę na to, że kontakt z kałem czy zapach gnijącego mięsa nie wywołuje obrzydzenia u małych dzieci. Również dopiero około 4.-5. roku życia dzieci zaczynają wykazywać „wrażliwość na skażenie”, a wcześniej wcale nie tak łatwo nauczyć je higieny. Zresztą według Valerie Curtis, autorki książki „Don’t Look, Don’t Touch, Don’t Eat. The Science Behind Revulsion” (Nie patrz, nie dotykaj, nie jedz. Co nauka mówi o wstręcie), zaledwie co piąty współcześnie żyjący człowiek zawsze myje ręce po defekacji (następnym razem dobrze się zastanówcie, zanim uściśniecie komuś rękę na powitanie!). Czy gdyby zjawisko wstrętu miało całkowicie genetyczne podłoże, to nie powinniśmy z większą łatwością przyswajać sobie najważniejsze zasady higieny?

Z pewnością istnieją różnice indywidualne pod kątem wstrętu (sam nie tknę się owoców morza, a w szkole podstawowej miałem kolegę, który potrafił zjadać mrówki – ohyda!), a także, jeszcze potężniejsze, różnice kulturowe (owady stanowią przysmak wielu ludów, nie mówiąc już o zjadaniu psów czy kanibalizmie).

Ale być może chodzi o coś więcej. W badaniach ankietowych, przeprowadzonych przez wspomnianego Haidta, okazało się, że takie dziedziny jak zwierzęta, wydzieliny ciała czy jedzenie obejmują zaledwie 25 proc. przykładów rzeczy, które wśród amerykańskich i japońskich studentów wywołują wstręt. Wiele pozostałych przykładów dotyczy zachowań seksualnych, higieny, śmierci (zwłaszcza kontaktu ze zwłokami) czy różnych odstępstw od normalnego stanu ciała (rany, deformacje skóry, otyłość). Zdaniem autorów wspomnianego rozdziału z „Handbook of Emotions” (m.in. samego Haidta) wstręt może być wywoływany w zasadzie przez wszystko, co przypomina nam o naszej zwierzęcej naturze.

Jak piszą: „Ludzie muszą jeść, wydalać, oczyszczać powierzchnię ciała, uprawiać seks – tak jak inne zwierzęta. Każda kultura określa właściwe sposoby wykonywania tych czynności – np. wykluczając większość zwierząt z listy rzeczy jadalnych oraz wszystkie zwierzęta i większość ludzi z listy potencjalnych partnerów seksualnych. Ludzie, którzy ignorują te zasady, są ukazywani jako odrażający i podobni do zwierząt”.

Moralna odraza

Prowadzi nas to do kolejnego wymiaru wstrętu, który zdaje się leżeć u podłoża moralności – a przynajmniej niektórych jej aspektów. Prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że różne religie i kultury zakazują zjadania „nieczystych” potraw – czyli takich, które najczęściej powstały przy użyciu obrzydzających nas wydzielin (np. krwi) lub ze zwierząt, które z takimi wydzielinami mają kontakt (np. zjadających co popadnie świń). Zwierzęta „czyste”, takie, które nie budzą wstrętu – przede wszystkim roślinożerne – nie są piętnowane przez religie. Czasami mogą wręcz stać się symbolem świętości lub boskości (jak baranek czy gołębica w chrześcijaństwie albo krowy w hinduizmie).

Zdaniem Haidta właśnie na emocji wstrętu opiera się jeden z podstawowych fundamentów moralnych – fundament świętości/upodlenia. Wyraża się on w myśleniu, że ludzkie ciało jest czymś świętym i należy unikać zachowań, które doprowadzą do jego skażenia czy profanacji. Poza zjadaniem „nieczystej” żywności, chodzi tu zwłaszcza o zachowania seksualne, często uznawane za zwierzęce i degradujące, np. akty zoofilskie, homoseksualne czy kazirodcze. Według Haidta budzą one moralną odrazę przede wszystkim dlatego, że myślenie o nich wywołuje emocję wstrętu. Inną wartością podtrzymywaną przez fundament świętości/upodlenia jest ludzkie życie – dlatego niewiele czynów wzbudza u licznych osób tak silną moralną odrazę jak aborcja.
Sama idea grzechu – czyli czynu, który plami duszę – silnie zakorzeniona jest w tego rodzaju myśleniu. Stąd potrzeba rytualnego oczyszczenia – na przykład poprzez wyznanie grzechów w spowiedzi czy pokropienie wodą święconą. Z drugiej strony moralna odraza może także prowadzić do dehumanizacji innych – np. homoseksualistów, Żydów, Tutsi czy uchodźców. Stąd już tylko niewielki krok do zupełnej obojętności na ich los albo wręcz do straszliwych zbrodni, wywołanych na pozór moralną intencją oczyszczenia społeczeństwa czy rasy, co zapewnić ma wytępienie nieczystych osobników, roznosicieli chorób i pasożytów, podludzi.

Między emocjami a rozumem

Koncepcja Haidta zakłada, że podejmując decyzje moralne albo dokonując osądów moralnych, bardzo często nieświadomie kierujemy się afektami, które działają niczym nasz moralny kompas. Przypominamy, jak ujął to Haidt w tytule swojej najsłynniejszej publikacji, emocjonalnego psa z racjonalnym ogonem. W rzeczywistości to pies macha ogonem, choć z perspektywy ogona może się wydawać, że jest na odwrót. Odwrócenie głowy od wskazówki emocjonalnego kompasu jest – przynajmniej w teorii – możliwe, ale wymaga samokontroli i świadomości tego, jak nasz stan emocjonalny podświadomie wpływa na nasze przekonania.
Tego, że pewien obszar moralności rzeczywiście zakorzeniony jest w emocji wstrętu, dowodzą liczne eksperymenty psychologów. Na przykład Yoel Inbar wraz ze współpracownikami wykazali, że wysoka wrażliwość na odczuwanie wstrętu koreluje z negatywną oceną zachowań homoseksualnych i z potępianiem aborcji. Jeszcze bardziej frapujący eksperyment przeprowadził zespół samego Haidta: dwie grupy badanych poproszono o dokonywanie ocen moralnych w pomieszczeniu z koszem na śmieci. Jedna grupa rozwiązywała zadanie po tym, jak w koszu umieszczono worek foliowy spryskany śmierdzącym sprejem, drugą grupę pozbawiono takich atrakcji. Okazało się, że osoby z pierwszej grupy, u których sztucznie, za pomocą obrzydliwego zapachu wywołano odrazę, rozwiązując test, dokonywały bardziej surowych ocen moralnych. Zaś w badaniu przeprowadzonym przez Chenbo Zhonga z Uniwersytetu w Toronto uczestnicy, którzy chwilę wcześniej umyli ręce mydłem, w porównaniu z grupą kontrolną, która tego nie zrobiła, surowiej oceniali takie nacechowane moralnie zjawiska jak zażywanie narkotyków czy aborcja. Tak jakby fizyczne uczucie własnej czystości wywoływało u nich niechęć do wszystkiego, co wiąże się z moralnym brudem.
Efekty zidentyfikowane w tych badaniach są istotne statystycznie, ale trudno oszacować, jak silnie manifestują się w sytuacjach rzeczywistych, a nie w sztucznych warunkach eksperymentalnych. Jednak na wszelki wypadek, jeśli kiedykolwiek wylądujecie na ławie oskarżonych, przed pójściem do sądu lepiej wyszorujcie zęby, umyjcie włosy i załóżcie czystą koszulę. I módlcie się, żeby sędzia przypadkiem nie wyszedł do toalety. Albo przynajmniej był z tych, którzy nie myją po tym rąk. ©℗

Autor jest członkiem Centrum Kopernika i szefem działu naukowego „TP”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Łukasz Kwiatek
Magdalena Matyjek
Magdalena Śmieja