Tańczący z myślami

Tańczący z myślami

27.02.2014
Czyta się kilka minut
W jaki sposób myślimy? Z własnego doświadczenia, a także dzięki pomysłom klasyków filozofii, moglibyśmy posłużyć się dwoma metaforami: myślenia jako „widzenia okiem umysłu” oraz myślenia jako „rozmowy duszy z samą sobą”. Najnowsze ustalenia neuronauk przekonują jednak, że myśleniu zdecydowanie bliżej do… tańca.
Vincent van Gogh, Tańcząca para (WikiArt.org)
C

Czym są myśli i w jaki sposób się nimi posługujemy? Ludzie od dawna poszukiwali odpowiedzi na te pytania, najczęściej proponując dwie metafory: widzenia („okiem umysłu”) oraz rozmowy („duszy z samą sobą”). W jednej z książek Richard Feynman, noblista, jeden z najwybitniejszych fizyków, człowiek o bardzo barwnym życiorysie i szerokich zainteresowaniach, wspomina w jakich okolicznościach uzmysłowił sobie, że myślenie może się odbywać na dwa sposoby:

Z czasów dzieciństwa w Far Rockaway pamiętam kolegę, który nazywał się Bernie Walker. Obaj mieliśmy w domach „laboratoria”, w których przeprowadzaliśmy najróżniejsze „doświadczenia”. Pewnego razu – mogliśmy wtedy mieć po jakieś jedenaście, dwanaście lat – żywo dyskutowaliśmy o czymś, a ja powiedziałem:
– Przecież myślenie to tak, jakby się mówiło do siebie, w środku.
– Serio? – odparł Bernie. – A pamiętasz, jaki dziwaczny kształt ma wał korbowy w samochodzie?
– Pewnie, i co z tego?
– Dobrze. Teraz mi powiedz: jak go opisujesz, kiedy mówisz do siebie?

W ten oto sposób dowiedziałem się od Berniego, że oprócz myślenia słowami można też myśleć obrazami.

Jednak do uświadomienia sobie, że myśleć można obrazami lub słowami, nie potrzeba znajomości budowy samochodowego wału korbowego – obie metafory powstały jeszcze w czasach, gdy najpewniejszym środkiem lokomocji były konie lub osły.

Oko umysłu

Księgę VII Państwa Platon zaczyna od jednej z najsłynniejszych metafor w historii filozofii:

Zobacz! Oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt jaskini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka pada na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludźmi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz murek zbudowany równolegle do niej, podobnie jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki.

Metafora jaskini stanowi opis naszych uwarunkowań poznawczych. Platon twierdzi, że większość z nas nie ma prawdziwej wiedzy o świecie – żyjemy złudzeniami, które przypominają cienie na ścianach jaskini. Natomiast prawdziwą wiedzę może osiągnąć tylko ten, kto dzięki wytrwałej edukacji wyrwie się z metaforycznych kajdan i wyjdzie z jaskini. Osoba taka początkowo patrzeć będzie nieprzywykłym do światła wzrokiem jedynie na odbicie słońca w wodzie, a dopiero na końcu w samo słońce – wtedy pozna prawdę.

Dla nas najbardziej interesujący jest fakt, że Platon opisuje proces myślenia korzystając z metafory widzenia – myślenie to „widzenie idei oczami duszy”. Metafora ta ma niewątpliwie starsze źródła niż jakakolwiek myśl filozoficzna. Dla przykładu, greckie słowo noein, które tłumaczymy jako „myśleć”, pierwotnie znaczyło „widzieć”. W innych językach także mówimy o myśleniu korzystając z modelu widzenia: dostrzegamy problemy, widzimy rozwiązania, idee bywają niewyraźne, a myśli jasne. Metafora myślenia jako widzenia jest sposobem, w jaki ludzie pojęciowo kształtują dyskurs o myśleniu.

Ta metafora szczególną karierę zrobiła w filozofii nowożytnej. Kartezjusz uznał „jasne i wyraźne” ujęcie pewnej idei za probierz jej prawdziwości, dla Locke’a idea – to, co można „zobaczyć” – to termin określający zbiorczo wszelkie przedmioty myśli, a korowód idei w teatrze umysłu stanowił przedmiot szczególnego zainteresowania wszystkich niemal filozofów nowożytności, od Kartezjusza do Kanta. Ten „dyskurs prywatny” był dla nich filozoficznie ważniejszy niż „dyskurs publiczny”, czyli język.

Rozmowa duszy z samą sobą

Drugą historycznie doniosłą metaforę myślenia też odnaleźć można pismach Platona. W Teajtecie Sokrates w następujący sposób wyjaśnia swojemu rozmówcy, co nazywa myśleniem:

Tylko tak mi się przedstawia dusza, kiedy rozmyśla, że niby rozmawia – sama sobie zadaje pytania i odpowiedzi daje, i mówi „tak”, i mówi „nie”. A kiedy granice pewne pociągnie – dusza czasem wolniej, czasem szybciej miarkuje – kiedy w końcu jedno i to samo powie, i już się nie waha na obie strony, uważamy to za jej sąd. Zatem ja sądzeniem nazywam mówienie, a sądem nazywam myśl, tylko nie do kogoś innego, ani głosem, tylko po cichu, do siebie samego.

Model myślenia jako rozmowy duszy z samą sobą – a zatem koncepcja, wedle której myślenie toczy się w języku – nie zyskał może takiej popularności, jak metafora myślenia jako widzenia, ale przewijał się w wielu ważnych wizjach filozoficznych. Na przykład Karl Popper uznał, że nasze próby zrozumienia świata sprowadzają się do wysuwania coraz to nowych, sformułowanych w języku hipotez i prób ich obalania. W takim ujęciu „podstawową jednostką” myślenia jest zdanie czy teoria, a nie pojęcie czy idea, która można by jakoś „zobaczyć” oczami duszy.

Uważam, że błędem byłoby zapytać: która z tych metafor, myślenie jako widzenie, czy myślenie jako rozmowa duszy z samą sobą, jest prawdziwa bądź choćby bliższa prawdy. Gdy spojrzymy na historię filozofii, zmuszeni będziemy uznać, że oba ujęcia – tak pięknie zobrazowane przez Platona – okazały się równie i zaskakująco trwałe. Zapytać trzeba zatem raczej, dlaczego tak się stało; wyjaśnienia domaga się sam fakt, że myślenie ujmować można na dwa różne, wzajemnie nieprzystające sposoby.

Tańcz, mądra tańcz

W znanym eseju z 1981 r. Maxine Sheets-Johnstone zastanawia się nad charakterem improwizacji tanecznej. Zauważa ona, że w improwizacji tanecznej procesu myślenia nie można oddzielić od tego, co jest przedmiotem myśli. Nie jest po prostu tak, że tancerz najpierw obmyśla poszczególne kroki, a następnie je wykonuje. Improwizacja jest raczej „myśleniem ucieleśnionym”, czy – jak chce Sheets-Johnstone – „myśleniem w ruchu”. By wyjaśnić, jak jest ono możliwe, trzeba odrzucić pewne założenia, które zwykle przyjmujemy, zastanawiając się, czym jest myślenie. Przede wszystkim, należy odrzucić tezę, że myślenie jest (zawsze) związane z językiem. Zdaniem Sheets-Johnstone sprowadzenie myślenia do czegoś, co wydarza się w języku, stanowi swego rodzaju reifikację (uprzedmiotowienie) procesu myślenia, co w konsekwencji sprawia, że „negujemy wymiary ludzkiego doświadczenia – wymiary myślenia, które jest niesymboliczne, ale uznane być może za racjonalne, i które, patrząc z perspektywy ewolucyjnej, odnaleźć możemy u wielu gatunków”. „Myślenie w ruchu” nie pasuje jednak także do metafory myślenia jako widzenia, gdyż jest procesem aktywnym – myślenie jest działaniem, a nie biernym rejestrowaniem bodźców napływających ze środowiska.

Tezy Sheets-Johnstone są zaskakująco zbieżne z niektórymi teoriami wypracowanymi w ramach nauk kognitywnych. Jedną z nich jest koncepcja umysłu ucieleśnionego, zgodnie z którą nasze myślenie jest w sposób zasadniczy kształtowane przez interakcje naszych ciał ze środowiskiem. Z poglądem tym ściśle związana jest neurobiologiczna teza, iż ludzkie poznanie – ale także język – bazuje na schematach sensomotorycznych, to znaczy, że zakorzenione jest w tych strukturach mózgu, które odpowiadają także za poruszanie się w świecie. Olbrzymia ilość badań z wykorzystaniem metod obrazowania pracy mózgu potwierdza tę tezę – np. okazuje się, że kora motoryczna, odpowiedzialna za przesyłanie sygnałów do mięśni i poruszanie się ciała, zaangażowana jest również w postrzeganie ruchu, wyobrażanie go sobie, a nawet w przetwarzanie znaczeń czasowników – słów odnoszących się do ruchu.

Do umysłu trzeba dwojga

Myślenie jest także – wychodząc już poza wnioski sformułowane przez Sheets-Johnstone – procesem, który toczy się w umyśle osadzonym w interakcjach społecznych. Teoria osadzenia, propagowana m.in. przez Michaela Tomasella, głosi, że interakcje z innymi ludźmi są warunkiem koniecznym do rozwinięcia się w pełni funkcjonującego ludzkiego umysłu. Nie jest to trywialne stwierdzenie; w szczególności nie chodzi o to, że prawidłowy rozwój umysłu wymaga odpowiedniego środowiska społecznego, a raczej o to, że bez systemu interakcji społecznych w ogóle nie byłoby ludzkiego umysłu. Tezę tę można lepiej zrozumieć w kontekście dyskusji wokół problemu przypisywania innym stanów umysłowych (mindreading). Można to zobrazować analizując klasyczne, kartezjańskie rozumowanie prowadzące do ustalenia istnienia innych umysłów.

Przebiega ono tak: uznajemy istnienie innych umysłów wnioskując per analogiam z naszym „prywatnym” doświadczeniem istnienia jaźni. Podobny pogląd wyrażają zwolennicy tzw. inferencyjnej koncepcji „odczytywania umysłu” – zdolność do przypisywania innym stanów psychicznych opiera się na „teorii” skonstruowanej z perspektywy pierwszoosobowej, a mówiącej, co to znaczy mieć stany umysłowe („Zachowuję się w sposób x, kiedy czuję ból; zatem, jeśli on zachowuje się w sposób x, to znaczy, że czuje ból”). W ujęciu tym poczucie tożsamości osobowej jest czymś, co wyprzedza interakcje z innymi.

Istnieje jednak i pogląd głoszący coś zupełnie przeciwnego. Według niego podstawowa forma poznania społecznego jest wcześniejsza od poczucia tożsamości osobowej. Na przykład Vittorio Gallese formułuje hipotezę „wspólnej rozmaitości”, opartej na mechanizmie działania neuronów lustrzanych, czyli komórek nerwowych, które aktywują się zarówno podczas wykonywania jakichś czynności, jak i obserwowaniu innej osoby wykonującej te czynności (co oznacza, że umysł koduje „własne” zachowania identycznie jak zachowania „cudze”). Zdaniem Gallesego ta „wspólna rozmaitość” przejawia się w tym, że pragnienia i intencje na pewnym etapie rozwoju (zarówno osobniczego, jak i gatunkowego) innych są nieodróżnialne od pragnień i intencji własnych, natomiast poczucie tożsamości wykształca się – m.in. pod wpływem języka – dopiero później.

Jeśli ta hipoteza choćby z grubsza jest prawdziwa, to można bronić twierdzenia, że zarówno w ewolucji gatunku, jak i w rozwoju osobniczym, społeczny wymiar poznania jest warunkiem pojawienia się w pełni funkcjonującego umysłu, a nasze myślenie jest – u swoich podstaw – myśleniem z innymi.

Z tymi tezami dobrze współbrzmią twierdzenia zwolenników koncepcji umysłu zorientowanego na działanie (enacted mind). Jak wyjaśnia Edwin Hutchins, „idea zorientowania na działanie głosi, że organizmy tworzą swe doświadczenia podejmując działania. Organizmy nie są pasywnymi odbiorcami danych ze środowiska, ale aktorami w tym środowisku, a to, czego doświadczają, kształtowane jest przez to, jak działają”.

Jak wyjaśnia Edwin Hutchins, „idea zorientowania na działanie głosi, że organizmy tworzą swe doświadczenia podejmując działania. Organizmy nie są pasywnymi odbiorcami danych ze środowiska, ale aktorami w tym środowisku, a to, czego doświadczają, kształtowane jest przez to, jak działają”.

Myślę, więc tańczę

Myślenie jest zatem ucieleśnione, zorientowane na działanie i osadzone w interakcjach społecznych. Twierdzę, że tak rozumianego myślenia nie oddaje ani model widzenia, ani model rozmowy duszy z samą sobą. Konieczna jest nowa metafora, a jedną z możliwości podsuwa lektura eseju Sheets-Johnstone: myślenie przypomina taniec. Nie jest to wcale prowokacja, czy teza postawiona pour épater la bourgeoisie, uważam bowiem, że analogia pomiędzy tańcem a myśleniem mieści w sobie ważne treści.

Po pierwsze, mówiąc, iż myślenie przypomina taniec, podkreślamy fakt, że procesy myślowe są głęboko zakorzenione w schematach motorycznych naszych mózgów. Po drugie, ta nowa metafora wychwytuje aspekty myślenia, na które zwracają naszą uwagę zarówno model myślenia jako widzenia, jak i koncepcja myślenia jako rozmowy duszy z samą sobą. Z jednej bowiem strony metafora myślenia jako tańca wskazuje na przestrzenny wymiar procesów myślowych (tak jak model myślenia jako widzenia); z drugiej – podkreśla dynamiczny charakter myślenia (co czyni także koncepcja myślenia jako rozmowy). Metafora myślenia jako tańca może zatem – w pewnym przynajmniej zakresie – posłużyć do wyjaśnienia, czemu dwie wzajemnie sprzeczne wizje myślenia – oparte na modelach widzenia i rozmowy – tak długo dominowały w filozoficznej tradycji Zachodu, a także w myśleniu potocznym. Po trzecie, metafora myślenia jako tańca wydaje się lepsza niż teza, że myślenie jest jakimś nieokreślonym rodzajem ruchu, gdyż taniec – w przeciwieństwie do „jakiegokolwiek” ruchu – jest działaniem celowym, nawet jeśli cel, o którym mowa, nie jest w pełni uświadamiany. Po czwarte wreszcie, taniec, a przynajmniej typowe jego formy, jest wspólnym działaniem więcej niż jednej osoby, wymaga zatem tego, co psychologowie określają mianem wspólnej bądź dzielonej intencjonalności (shared intentionality). W ten sposób metafora myślenia jako tańca wychwytuje kluczowe aspekty trzech idei: że umysł jest ucieleśniony (bo myślenie – tak jak taniec – bazuje na schematach motorycznych); że umysł jest osadzony w interakcjach społecznych (bo nie ma myślenia, podobnie jak nie ma tańca, bez udziału innych); i że umysł jest nakierowany na działanie (bo myślenie, tak jak taniec, jest pewnym działaniem).

Twierdzę zatem, że to, co nazywamy myśleniem, opisać można na pewnej skali: niektóre, proste przejawy myślenia są niesymboliczne, ściśle związane z działaniem i bazują na procesach nieświadomych. Na drugim końcu skali mamy natomiast myślenie w pełni dyskursywne, wymagające wysiłku i dużych nakładów energii, i niemogące obejść się bez języka. Ważne jest jednak to, że mamy tu do czynienia z pewnym kontinuum, a nie dwoma całkiem odmiennymi procesami. Nie moglibyśmy wytworzyć języka – i myśleć w języku – gdyby nie ewolucyjnie starsze zdolności do myślenia niesymbolicznego, ale ucieleśnionego, osadzonego w interakcjach społecznych i zorientowanego na działanie. Takie proste przejawy myślenia najlepiej oddaje metafora widzenia; te bardziej dyskursywne – metafora rozmowy duszy samej z sobą; zaś całą skalę najlepiej opisuje metafora tańca: wszak taniec może być zarówno niewyrafinowanym sposobem na robienie czegoś wspólnie, jak i złożonym sposobem na opowiedzenie jakieś historii.

Artykuł powstał w oparciu o fragmenty najnowszej książki prof. Bartosza Brożka – Granice interpretacji (Copernicus Center Press 2014).

granice interpretacji

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz